Your browser (Internet Explorer 6) is out of date. It has known security flaws and may not display all features of this and other websites. Learn how to update your browser.
X
Post

Święto Konstytucji „Poza Matrixem”

Dla jakiegolwiek człowieka chcącego żyć ?Poza Matrixem? dzisiejsze święto Bożego Ciała, to coś jak Święto Niepodległości dla obywatela czującego się Polakiem. W Katolandzie słynna jest fraza apostoła Pawła o tym, że jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest nasza wiara. To właśnie dzisiaj katolik może ją aktualizować w ten sposób, że daremna jest jego wiara, jeśli ten opłatek chleba, to jednak nie Bóg… Tak też i dzisiaj odsłania się przed pielgrzymem szukającym nadziei jądro wiary Kościoła; dla wielu niezrozumiałe, śmieszne, wołające o rechot wykształconych neopogan. Podobny do tego, z którym zderzył się Jezus Pan, co też poświadczają karty Ewangelii.

?Poza Matrixem? już prawie dwa lat temu odważyliśmy się wypowiedzieć intuicję, że Kościól przyszłości będzie Kościołem Adoracji, jeśli będzie miał przetrwać. Kościołem przede wszystkim Piękna i Ciszy. Ale wtedy stanie sie też na pewno i znakiem, któremu sprzeciwi się świat. Dający przemoc, wrzask, niewierność i zmienność, miast tego, co daje Kościół: miłość, ciszę, wierność i niezmienność, a co wpisane jest ?immanentnie? właśnie w akt Adoracji Najświętszego Sakramentu. Trudno o bardziej delikatne, a zarazem radykalne, świadectwo wiary dzisiaj bez konieczności męczeństwa. Dawane z mocą zarówno wobec fanatyków różnorakiego scjentyzmu, kołyszących sie w bólu i niezdecydowaniu agnostyków, jak też  wobec muzułmanów czy Żydów.

Kiedy się obserwuje treść pontyfikatu BXVI, zapowiedż globalnej Adoracji całego Kościoła w jedności Ciszy i czasu z obecnym, a tak aktywistycznym przecież papieżem, jakim jawi się na pierwszy rzut oka Franciszek, to z ulgą się stwierdza, że Katoland zaczyna na poważnie doceniać Adorację. Ale z jednym jednak zastrzeżeniem: że dopiero teraz ?zaczyna? tak czynić, pozostając nadal religią bardzo przegadaną. Co w jakimś sensie śmieszy wobec ogromu Tajemnicy dzisiejszego święta, co w jakimś sensie też i smuci, kiedy widzi się, jak współczesny, a zmęczony bardzo, człowiek pragnie scalić swoje ?ja? w ciszy serca, bez ciągłego mielenia umysłu.

Wszystko to, o czym powyżej piszemy, nie znosi wagi i sensu tego, co czynią ludzie Kościoła poza tą przestrzenią Piękna i Ciszy; w swojej działalności prywatnej, zawodowej, publicznej czy nawet politycznej. Doświadczenie jednak uczy, że zanim człowiek wierzący taką działalność podejmie, winien się siebie sam na poważnie zapytać: z czym do ludzi?

A tak bardziej globalnie? Wszystkie te wspomniane aktywności są jak najbardziej potrzebne. Owszem. Ale tak szczerze? To chyba mamy zbyt mało czasu, by liczyć na to, że przy pomocy tylko tych środków damy odpór nacierającemu zewsząd złu. Dla każdego człowieka ?Poza Matrixem? jedno jest raczej pewne. Pozostaje nam czekać w ciszy przed Panem, obecnym ? według wiary Kościoła ? w swoim Ciele i w swojej Krwi. I błagać o ocalenie, nawet tylko milcząc, o ?miłosierdzie dla nas i całego świata?. Tylko przyznajmy: dużo odwagi trzeba znaleźć w sobie, by tak czekać.

Można wobec tego nacierającego zła przyjąć też strategię całkiem odmienną, całkiem ?spokojną?. Można usiąść na kanapie, zapalić fajkę, pocieszając się, że wszystko przecież i tak zmierza do szczęśliwego Finału, więc nie ma co wszczynać ?wojen? ze światem. Można też uciec na drugi brzeg Wisły, oglądając z oddalenia dogasające Powstanie Katolandu, i się ?pocieszać?, że Mesjasz kiedyś wreszcie przyjdzie i ?posprząta? to wszystko. W obu tych strategiach razi brak wrażliwości na realne cierpienie konkretnego bliźniego i jakaś pewność, która domaga się ? według piszącego ? teologicznego, a bardziej powszechnego, jednak namysłu na temat: czy Paruzja to Wydarzenie niezależne zupełnie od współpracy Kościoła z Łaską Boga, czy też jednak jakoś zależne od tej współpracy. Bo wtedy trzeba wstać i z tej kanapy, i wrócić z tego drugiego brzegu…

I na koniec – zamiast słów tylko..

Post

Baloniki i samolot

Polaku ??optymisto? drugiego maja. Zanim uniesiesz się do nieba na tych balonikach. Uciekając przed zderzeniem z polskimi szpitalami, sądami, kolejami, drogami. Bo przecież i Ty chodzisz po tej samej, co my ziemi. Zanim przerobisz ten ?mesjanizm i męczeństwo” na słodycz czekolady, a biało-czerwoną na ?radosny? róż. Czemu nie ma się, co dziwić, kiedy ta flaga dla Ciebie tak znaczona ?antysemityzmem”, ?bezsensem powstań” i ?posępnym, smoleńskim ludem”.

Zanim zadekretujesz pałką opinii, siłą instytucji uśmiech i okrzyk, że Polska poczęła się dopiero ?4 czerwca” i stoi sprawiedliwością, sukcesem, a kto ?przeciw?, ten czyni ?rokosz!?. Bo przecież wiemy, że historię piszą silniejsi. Zanim zatkasz uszy, zamkniesz oczy na ludzi, których niszczą ludzie tego państwa i ci, którzy za nimi stoją. Bo przecież mamy ?demokrację?, ?wolne media?, mogą do nich się zgłosić, czyli „jest super, jest super, więc o co ci chodzi??” Tak zatem zanim odlecisz jednak z tej ziemi, z jej historii i losu, w oparach wiary w tego ?orła, co może” wszystko, pomyśl choćby przez chwilę: ten wrak tam ciągle leży? Może uratujesz ?zdrowy rozsądek” przed wystrzeleniem w kosmiczną próżnię. Żaden lot balonikiem różowym, który pęknie jak bańka mydlana przy pierwszym pocie i trudzie, nie wzbudzi wołania, które polski pejzaż przemieni. Raczej już to proste i długie spojrzenie na ten samolot. Spojrzenie, które uwięzi w cichym zobowiązaniu.

10 kwietnia gromadzili się ludzie na Krakowskim Przedmieściu, w krainie już poza ?Trzecią?, ale też i poza ?Czwartą RP?. Mimo bólu, szukając nadziei na to, co nowe i wspólne. Ale Ty tego nie widzisz lub widzieć nie chcesz. Trzeba przyznać, że ?dzielnie? próbowałeś odbić to Krakowskie Przedmieście z rąk „ludu smoleńskiego”, różowym marszem i białym ptakiem. Ale spokojnie, ten krzyż tam stał, stoi i stać będzie. Przez to, że wyrósł w takim dniu ze smoleńskiego drzewa, ludzi połączył, ale też i o niego rozbiły się: kult ?wybierzmy przyszłość i Europę?, moralna nieprzejrzystość tych ostatnich dwudziestu lat. Wywiedzione z niej niesprawiedliwość i prawdy ?przetwarzanie?, a także?(tu już niech sobie każdy sam resztę dopisze). Rozbiły się bez wpływu jakiejkolwiek przemocy; czy to w słowie, czy to w czynie.

I tylko przez wzgląd na tych cukierników, którzy wiele serca włożyli w tego czekoladowego ptaka, dalej nie będziemy się już nad nim pastwić…

 

Post

?Oko w Oko?… z Bogiem

AO_2012_00004-5.jpg

Tak zatem wedug artykułów naszej wiary umarł, zmartwychwstał, ukazywał się, a potem wniebowstąpił. Powiedział jednak, że pożyteczne jest Jego odejście od nas i patrząc na ten opłatek chleba, człowiek rozumie to lepiej ? że przez swą sakramentalną Obecność może być tak blisko, tak Ciałem i Krwią wśród tylu ludzi, jakby nie mógł być za czasów swej bezpośredniej, fizycznej obecności w Palestynie. Pozostaje jeszcze jedna kwestia ? uwierzyć w to, a potem sobie w razie czego z tą wiarą poradzić; no bo jakoś tak dziwnie uświadomić sobie na poważnie, że tak naprawdę żyje się i grzeszy w tak bliskiej Obecności; a wszystko to, co dobre i kochane ma w niej swój początek.

Jednak jak uwierzyć, kiedy już dawno Reformacja poczęła czynić ?dekonstrukcję? Tradycji Kościoła, zostawiając nas samych z Biblią? Przyszli jednak potem współcześni egzegeci biblijni i zaczęli przy tym Piśmie dłubać na poważnie, a wielu po tym dłubaniu już z tej Biblii dużo nie zostało, czemu ostatnio dzielnie przeciwstawiał się sam Benedykt XVI. Trudno ustalić dokładnie, co też im się w sercach wówczas kłębiło, ale potem przyszli współcześni psycholodzy, psychoterapeuci, psychiatrzy i wielu z nich orzekło, że to, co w sercu ludziom wiary i niewiary się kłębi, to raczej zdecydowanie ani Bóg, ani szatan, a w ogóle to cóż to jest owo ?serce?, ?dusza?, kiedy lepiej mówić o ?moich emocjach?, o moim ?ja?. Temu z kolei, z różnym trzeba przyznać skutkiem, próbują się przeciwstawiać inni dzielni ludzie, wyznając dawno już sformułowaną zasadę, że jednak ?Łaska buduje na naturze?, a branie np. leków na ?psyche? wspomagać może realny postęp w życiu duchowym i modlitewnym. Sumując: włożono dużo profesjonalnego wysiłku w to, aby zabrać nam wiarę w tę Miłość, co to nie ma ani końca, ani początku.

Można zjeść tysiąc kotletów, zrobić tysiąc ?Dziedzińców Pogan?, tysiąc paneli ?o dialogu?, przegadać godziny o Bogu, Kościele i świecie, o tajemnicach nauki, filozofii etc. I prawie zawsze dojdzie się do pytania o Pierwszą Przyczynę świata, czyli według ludzi wiary o tę właśnie Miłość. Tylko jak ogarnąć w sobie tę logiczną trwogę, która wraz z pytaniem o Pierwszą Przyczynę przeszywa na wskroś człowieka? Doświadczenie podpowiada, że ogarnia się ją właśnie w sercu, że istnieje jakaś utajona koniunkcja między treściami, myślami naszego umysłu a sercem, które czuje, ogarnia to, czemu głowa nie daje rady, jak np. wierze w realną Obecność Zbawiciela pod postacią chleba i wina. Doświadczenie jednak też podpowiada, że trzeba wielu godzin spędzonych przed tym Najświętszym Sakramentem, by sobie pewne rzeczy w głowie i sercu zacząć układać. I jeszcze to zachować, ocalić; tym bardziej kiedy życie nie staje się zupełnie i od razu takie proste jak drut, a bezbolesne jak mur. Choć też umysł może wydatnie pomóc w naszych wyborach, jeśli przykładowo wyobrazi sobie życie według ?narracji? Wojtyły Karola a ?Wyborczej Gazety? (bo że ta ma swą dominującą ?narrację?, to raczej nie ma wątpliwości). I też raczej nie ma ich, kiedy człowiek właśnie zamknie oczy i sobie pomyśli życie według obu tych ?narracji?, nie ma wahań, gdzie wcisnąć ?to lubię!?.

Ale nasze rozważania mają też i wymiar bardziej powszechny. Bo też wydaje się, że aby dzisiaj pozostać katolikiem, trzeba sobie odpowiedzieć pozytywnie przynajmniej na trzy pytania: o istnienie Boga, o Jezusa z Nazaretu i o Eucharystię, której pamiątką jest ta Najświętsza Hostia powyżej. Z całym szacunkiem dla nowej linii franciszkańskiej w Kościele, bardzo oczywiście potrzebnej, chociaż niekiedy wzmacnianej do granic groteski przez media, tak też z całym szacunkiem, ale jeśli ludzie nie uwierzą na masową skalę, że ów Opłatek to jednak… Bóg, to raczej ani do Kościoła nie wrócą na dobre, ani w nim nie zostaną na dłużej, choćby nie wiadomo ile pałaców biskupi opuścili lub też sprzedali.

Dla czytającego zaś stanie sie teraz może bardziej jasne, dlaczego promowanie Adoracji Najświętszego Sakramentu, a wraz z nią idei Ludzi Ciszy (o której już kiedyś była mowa), to chyba właściwy sens powstania tego bloga. Wszystko inne, co – jeśli w ogóle – wydarzy się ?Poza Matrixem?, będzie do tego zadania jedynie przypisem, a samo ono narzuca piszącemu pewne też i ograniczenia, np. w zakresie krytykanckiego używania sobie na świat i na Kościół.

Położyć swe życie na tym Opłatku… To chodzić po kruchym lodzie czy też po skale? Chyba każdy dzisiaj sam musi sobie udzielić odpowiedzi na to pytanie.

Post

Krajobraz po BXVI – papieżu

Przez swoją rezygnację z urzędu Benedykt XVI wysłał nieświadomie komunikat PR-owy, który trudno będzie w Polsce przykryć jakąkolwiek ?aferą? z panią Grodzką albo ewentualnym rajdem Donalda Tuska z tortem euro przez kraj. ?Biedni?, rządowi PR-owcy… dla których ?zwykły Polak? i ?zwykły katolik? wydaje się być stracony co najmniej do połowy marca. I też według oka, a bardziej poprawnie według spojrzenia takiego Polaka i katolika, za którego uważa się jak najbardziej piszący, będzie tworzona dalsza partia tekstu. Ale wpierw wydaje sie zasadne pytanie, czy jest sens w ogóle ją z mozołem dziergać, czy można powiedzieć coś innego, coś ciekawszego, niż usłyszeliśmy, i jeszcze usłyszmy nieraz, w ?środkach masowego przekazu? do czasu konklawe. A w nich już zaczęło sie ?grillowanie? tematów zwyczajowo związanych z chwilami ważkimi dla Kościoła: giełda nazwkisk ?papabile?, sens i zasadność celibatu, ekumenizm i dialog międzyreligijny. Spokojnie pewnie dojdziemy, i niejednokrotnie sie tym zmęczymy, do tematu antykoncepcji, prezerwatyw w kontekscie Afryki, św. Komunii dla rozwiedzionych, a nawet kapłaństwa kobiet. ?Liberalni komentatorzy? może i porzucą marzenia o święceniu gejów na księży, ale też zapewne podejdą do tej sfery nieraz od strony afer pedofilskich. Na deser dorzucą jeszcze dane o cofaniu się Katolandu na wszystkich kontynentach świata. Słowem ? najbliższy miesiąc dla obserawatora czerpiącego wiedzę o Kościele z mediów wszelakich, prawdopodobnie będzie już jakoś dobrze znany i przewidywalny, z dawno zasłyszaną i powtarzaną listą haseł i klisz publicystycznych.

Benedykt XVI nie uciekał od tych tematów, ale dla niego –  jakby to groźnie i strasznie nie brzmiało –  dyskusje o nich wydawały sie być jednak tylko przypisami do jego pracy właściwej: przypominaniu wszystkim katolikom pytania, dlaczego tak naprawdę ?robimy? Kościół. Odpowiedź jego samego była jednoznaczna, konsekwentna, a zarazem łagodna: tylko i wyłącznie ze względu na Osobę Zbawiciela. Założyciela Instytucji, która nieraz zapomina o swoim Założycielu, pompując przykładowo energię wiary w gwizdek autotematycznych problemów i obsesji: ?Sobór Watykański II ? już 50 lat po?, ?Sobór Watykański II, a możliwy Sobór Watykański III?, ?Sobór Watykańkski II, a dialog międzyreligijny?, ?Sobór Watykański II, a sprawa Polski i słonia? itd, itd…. Kiedyś uśmiałem się cicho nieco w autobusie nad artykułem ?znanego watykanisty?, który wyliczał katalog problemów powyżej już wspomnianych, a potem stawiał pełną oburzenia puentę. Że na tylu polach Benedykt XVI ponosi klęskę, a on nic tylko się zamknął w tych swoich apartamentach i z uporem maniaka pisze książkę ? o zgrozo! ? o Chrystusie.

Taki był właśnie Benedykt XVI: chrystocentryczny do bólu dla ludzi myślących kategoriami tego świata. Zdawał się cały czas spokojnie sączyć przekaz, że owe światowe problemy da się jedynie rozwiązać, odnajdując Boga żywego i poszerzając jak najdalej Jego Królestwo na Ziemi. Co da się z kolei zrobić tylko według formuły znanej ludziom wiary skądinąd ze świętej Mszy: ?przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie?. To kapłańskie myślenie nadało jego pontyfikatowi znaczące, wertykalne wychylenie. Nie, nie był antytezą papieża Polaka. Był jego dopełnienienem, swoistą kropką nad ?i?, niedużą, ale jakże potrzebną. Porządkował jego dziedzictwo ze spokojem charakterystycznym dla umysłu ścisłego, wedle odpowiednich proporcji. Jak np w obszarze ?dialogu międzyreligijnego?, który też poprzez ?prorocze gesty? Jana Pawła II, a bardziej poprzez ich intepretacje, mógł być zarzewiem dodatkowych, bardzo poważnych napięć w katolicyzmie światowym. Po Benedykta ?polityce? w tym zakresie, zestawionej właśnie z jego chrystocentryzmem, jest to już raczej mało prawdopodobne.

JPII był zatem dla zwykłego ?Polaka-katolika? o wiele bardziej horyzontalny, obejmujący świat i problemy ludzi, co jego wielbiciele podkreślali w znanej frazie, że to ?człowiek jest drogą Kościoła?. Benedykt XVI natomiast był o wiele bardziej dla niego wertykalny, kierujący uwagę wiernych ku Bogu w Trójcy Jedynemu, któremu cześć oddajemy również poprzez piękno ocalającej nas Liturgii. Jeżeli pierwszego charakteryzowałby najlepiej w odbiorze społecznym gest otwartych ramion, to drugiego dłonie pobożnie złożone w modlitewnym geście ku Niebu. W tej ich symbolicznej mowie ciała uwidaczniają sie różnice, które w publicystyce religijnej przyjmują tezę o innym rozłożeniu przez nich akcentów w przekazie o wierze. Byłoby jednak półprawdą czytać ich bardzo odrębnie, tak bardzo rozdzielnie, nie tylko ze względu na różnice w temperamentach. Bo też należy ich chyba postrzegać jaką jedną całość. Nie tylko w życiu, w ?pracy zespołowej?, ale też w ich ideach i intuicjach. W sumie chodziło im o to samo, tylko właśnie nieco inaczej to naświetlali. Tak np. jeżeli w etycznym języku Karola Wojtyły naczelnym słowem była Miłość, to Benedykt po prostu poinformował bardzo wyrażnie ludzi, przypominając odwieczną, eklezjalną prawdę, że objawiła się ona najpełniej w Chrystusie Panu.

Wydaje się jednak, że najlepiej by było, gdyby następny papież był syntezą ich stylów, a nawet więcej: gdyby to chrześcijanie przyszłości byli tacy. Liturgiczni i światowi zarazem, tradycyjni i nowocześni, religijni i etyczni, kontemplatywni i miłosierni w czynach, wyciszeni, a odważni i radośni. Inaczej: wertykalni i horyzontalni, łączący udanie Niebo z Ziemią w dobie Sieci i kosmicznych technologii, a według wrażliwości swej kobiecej i męskiej natury. Jednym słowem ? mesjańscy w najlepszym tego słowa znaczeniu, na wzór Jezusa Pana. Adorujący Go w Najświętszym Sakramencie, zanurzeni w Jego Eucharystii, by potem dalej ofiarować się światu i Bogu…

Jednak tych dwóch papieży zostawiło nas tak naprawdę z tym samym niepokojącym pytaniem: czym jest dla nas ten opłatek chleba, który kładziemy na ołtarzach świątyń: mąką z wodą czy też Bogiem, chociaż skrytym pod świętymi postaciami? Prawdopodobnie od tego, jak katolicy na całej Ziemi odpowiedzą sobie na to pytanie, i w jakiej skali, zależy nie tylko przyszłość Kościoła, ale też i ?świata całego?. Bo przecież, gdyby w ten opłatek chleba tak na serio wierzono, to całodobowa adoracja Najświętszego Sakramentu we wszystkich Kościoła świata, byłaby jakąś normą, której wypełnienia strzegłaby każda odrębna wspólnota eklezjalna. Bo przecież według prawd naszej wiary, to coś więcej nawet niż Arka Przymierza dla Żydów. Tymczasem świat pogrąża się w różnorakiej niewierności, pociągając zas sobą całe rzesze ochrzczonych. Ktoś patrzący na to z boku może się dziwić, podejrzewając, że coś tu nie pasuje. No bo jak to możliwie, że świat tak coraz bardziej leci w dół, w ciemność, kiedy od dwóch tysięcy lat według nauczania Kościoła Bóg obejmuje swym Ciałem i zanurza w swej Krwi ludzi po Ziemi chodzących, dając łaskę wiecznego Życia. Może sobie zadawać on pytanie alternatywne: czy to aby rzeczywiście Bóg, czy też jego uczniowie nie dają mu szansy działać w sercach swoich? Ilu zatem katolików ma odwagę uklęknąć przed tym opłatkiem chleba i zderzyć swoją wiarę z czasem Oczekiwania. Ilu katolików ma odwagę to głosić i zaprosić przed to ukryte Oblicze pielgrzymów spoza Kościoła lub w nim jakoś pogubionych. Kiedyś, aby ludzi ocalić, przynoszono ich pod figurę węża na drzewie, zapowiedz Krzyża, dzisiaj wydaję się, aby ich ocalić, należy ich przynieść przed to ukryte Oblicze, zapowiedź Ostatecznego Odsłonięcia sie Pana przed nami. Niezależnie od tego, jakiego papieża wybiorą kardynałowie na najbliższym konklawe przyjdzie nam zmierzyć się i z tymi pytaniami, i z tymi wyzwaniami chyba tak już ostatecznie.

Post

W poszukiwaniu Innego Świata

Podążanie za Mesjaszem w trybie Bladerunner nieodzownie łączy się z uważną obserwacją dostępnej rzeczywistości; po to, by wychwycić w niej szczeliny, pęknięcia, przez które prześwituje Inny Świat, o całe Niebo jednak lepszy od tego, który przedstawiał Herling-Grudziński. Bardziej pobożnie zwać by to można było szukaniem śladów Bożej łaski na tym naszym łez padole. Metodologię śledczą, jaką się przy tym stosuje zwać by można było za to ?uczenie? komparatystyką egzystencjalną, co za chwilę pozwolę sobie szerzej objaśnić.

Pamiętam jeszcze dzisiaj dawno oglądany film dokumentalny o lekarzach ze świeckiej organizacji charytatywnej. Najgorsze rejony świata, najbardziej niebezpieczne, zagrożone często wojną. Brud, ubóstwo i oni ? wjeżdżający jeepami na terytorium wroga, którym były: cierpienie, choroba, ludzka bieda, ale też i zło bezpośrednio wyrządzone przez człowieka drugiemu człowiekowi. Swoiste ?psy wojny?, ?najemnicy? dobra. Zaciągali się do armii czasem z poczucia braku sensu w życiu, a czasem z misjonarskiej potrzeby pomocy drugiemu, chociaż raczej bez religijnego kontekstu. Niezależnie od motywacji często poświęcali wiele dla ludzi. Dostatek zachodniego świata, mieszczański tryb życia, szansę na założenie rodziny, w niektórych zaś przypadkach ? nawet zdrowie i życie.

Próbowali różnemu nieszczęściu, z jakim się stykali, zaradzić ze wszystkich sił, niekiedy narzędziami wyjętymi jakby z epoki kamienia łupanego. Owszem, często zwyciężali, ostatecznie jednak fala zła i cierpienia nieustannie się odradzała, a oni musieli opuszczać potrzebujących, by jechać jeszcze dalej, tam gdzie było jeszcze gorzej. Nic dziwnego zatem, że w pewnym momencie główna bohaterka filmu, przystojna pani doktor, powiedziała do kamery ze łzami w oczach, że to wszystko przypomina sytuację, kiedy trzeba zatrzymać samochód, bo oto wydarzył się wypadek i są ranni, ale cóż począć wtedy, kiedy cały świat przypomina jeden wielki wypadek samochodowy.

Na tej swoistej wojnie pracowników organizacji charytatywnej dochodziło między nimi do różnych sytuacji, które to występują na wojnie typowo militarnej, kiedy trzeba rozładować stres bojowy. Były balangi suto zakrapiane alkoholem, były papierosy, zdarzał się szybki seks, czasem w otulinie rzeczywistego uczucia, bo przecież wiadomo, że takie nastroje zagrożenia życia, czyhającej śmierci służą emocjom ?romantico?. Niestety, nieraz to nie pomagało i w sumie często wracali oni z misji medycznych zmęczeni, wyniszczeni cierpieniem, które zobaczyli, bez wiary w ostateczne zwycięstwo, chociaz z gorzką pociechą, że jednak komuś pomogli.

Piszący chciałby być dobrze zrozumiany. Po obejrzeniu tego filmu poczuł się w swojej rzeczywistości jak prawdziwy kocur na rozgrzanym piecu. Przykłady poświęcenia tych ludzi szczerze go zawstydzały, a jednak ośmielił się rodzaj ich żywota porównać do innego, spełnianego przez Siostry Misjonarki Miłości od Matki Teresy, które w wielu miejscach świata brodzą w takim samym brudzie, cierpieniu i ubóstwie jak oni. Te swoiste oddziały specjalne Katolandu stacjonują niekiedy nieustannie, ciągle w tym samym miejscu, co wymaga wiele siły do samozaparcia się. Skąd te kobiety ją biorą, w dodatku nie sięgając po te wszystkie używki, czułości, które były potrzebne tamtym? A przecież z urodzenia nie są lepsze od tych lekarzy, z tej samej gliny zostały ulepione, obarczono je tą samą skłonnością do słabości, upadku. Tak, nie zbawiają świata całkowicie od zła, mimo że wielu cierpiącym realnie pomagają. Byłoby jednak po ludzku całkiem zrozumiałe, że w takim np. morzu kalkuckiej nędzy by się załamały, nie dały rady. One jednak generalnie przechodzą przez nie o wiele spokojniej, też jakby radośniej, niż wspomniani lekarze przez swoje pola śmierci. Dając nawet tym, których nie zdołają uratować, nadzieję, że jednak istnieje ten Inny Świat, tak bardzo lepszy.

Gdy rzuci się oba te obrazy istnienia na jakąś niezmąconą taflę nieba, okaże się, że między nimi nie ma aż tak wielu różnic, a łączy je wyraźnie szczera chęć pomocy bliźniemu. Tyle tylko że oto po stronie sióstr znajdujemy wspólnotę modlitwy i życie w Sakramentach Boga ? Eucharystia, spowiedź, częsta, przedłużona adoracja Najświętszego Sakramentu w ciszy. Tak to dokonując naszej ?uczonej? komparatystyki egzystencjalnej, zestawiając obok siebie dwa rodzaje żywotów ludzkich, w jednym z nich dostrzegamy przebłyski Światła, Siły nie z tej Ziemi. Zdobywamy przekonujące dowody na istnienie owego Innego Świata; istnienia czegoś więcej niż na pierwszy rzut oka widzimy. Owego ?something more? jak przekonują autorzy pewnego netowego filmiku, o którym jednak już w następnym wpisie.

Post

Poszukiwany – „cato” Jack Bauer

Niedawno na Areopagu21, Pani Elżbieta Konderak, zauważyła, że problem odchodzących księży da się definiować jako strukturalny, jako wpisany w instytucje eklazjalne. Spróbuję się odnieść do tego spostrzeżenia na sposób filmowego exemplum, i to spróbuje z humorem. Tak też czego w systemie całego Katolandu brakuje ? Wzoru na miarę agenta CTU, Jacka Bauera, bohatera ?24?, serialu, który dobił bodajże do ośmiu sezonów, który bardzo poważnych ludzi śmieszy, a meżczyzn, cały czas chłopcem podszytych, po cichu pasjonuje. Ale znowu – zaraz, zaraz… Czy Jack jest tak śmieszny, jak go malują albo jak go malował przynajmniej mój bliski kumpel?

Rzeczywiście, Jack robi wiele nadzwyczajnych rzeczy, a przez to budzących grymas politowania na twarzy zimnych realistów. Chociaż, gdyby zabawić się w ?Jackologa?, po długich, żmudnych studiach, nasiadówkach w bibliotekach i przed ?kompem? moglibyśmy stwierdzić, że scenarzyści nie nafaszerowali tyloma nonsensami przygód Jacka, ile na pierwszy rzut oka cynik współczesny wyłapuje. A zresztą… Może Jack przeżyć niedaleki wybuch małej bomby nuklearnej, atak biologiczny blisko siebie, przesłuchanie prądem wysokiego napięcia? Może, bo Jack?kocha i walczy, a dla takich wiele jest możliwe, o wiele więcej niż dla mężczyzn znudzonych i gnuśnych.

Kiedyś pewien znany kaznodzieja udanie próbował usprawiedliwić w Biblii obecność tzw. ?psalmów złorzeczących?, w których ?bohater liryczny? prosi Boga, a propos swoich licznych przeciwników, wrogów, mniej więcej tak: ?dokop im Panie?, ?rozwal ich Panie? , ?pozgniataj ich Panie?. Przekonywał, aby czytać te pieśni jako historię walki z własnym grzechem i słabością, a wtedy te zawołania odsłonią, przed zgorszonymi ich treścią, nowe, dramatyczne, egzystencjalne znaczenie. I tak otrzymujemy klucz interpretacyjny dla przygód Jacka. Bo gdy podobnie, jak to radził kaznodzieja, spojrzymy na wrogów agenta CTU, na tych wszystkich przebrzydłych spiskowców, terrorystów, których wypala on ogniem, żelazem ? w przenośni, a nieraz i dosłownie ? to objawi nam się Bauer (tak, tak, nie inaczej) jako chrześcijanin prawie doskonały. Wtedy 24 przeczytamy nie jako kolejną sensacyjną fabułę, ale jako historię wewnętrznego zmagania człowieka walczącego też o drugiego, jako istnienie jednostki, której życie sypie się nieraz w rękach, a która jednak chce dobrze, ciągle dobrze? Bo wyjątkowość Bauera na tle innych herosów filmowych polega także na tym, że nie ma w nim ani grama tej śmiesznej, wywiedzionej z ducha egzystencjalistów, własnej, resztkowej dumy, a zarazem pogardy dla świata całego; co na polskim podwórku w sposób groteskowy wcielali tylekroć bohaterowie Pasikowskiego. W odróżnieniu od nich Jack nieustannie szuka sensu swego istnienia w świecie, który rozpada się na jego oczach, a który chce tak bardzo uratować. Tak, w przygodach Jacka prześwituje starodawne, zapomniane słowo poświęcenie; przekonujące widza o tym, że czasem smak życia kosztuje się poprzez jego utratę. Co więcej – Jack wie, i świadomość ta jest dla niego nieraz bolesna, kiedy to zawiódł innych na całej linii, chociaż chyba częściej się zdarza, że to ci inni go zawodzą, nawet najbliźsi.

Kiedy w Katolandii przeżywaliśmy ?Rok Kapłański?, patronował mu dobrotliwy, spokojny, niezbyt oczytany, a jednak heroicznie wierny, swoim ?prostym? obowiązkom stanu, Jan Maria Vianney, żyjący w niełatwych czasach Rewolucji Francuskiej. Gdy czyta się jego krótkie info, można ulec zwiedzaniu przez mało sensacyjny opis losów. Z trudem uczył się na księdza, potem siedział w swojej parafii i do bólu spowiadał, Komunię św. rozdawał. Dopiero ustęp o demonicznych nękaniach pozwala podejrzewać, że w wewnętrznym życiu mało wykształconego kapłana spełniała się czasem historia walki rodem z 24. Kto zresztą ?zakosztował? tego, co w chrześcijańskiej teorii zwie się ?walką duchową?, ten wie, że reguły tego boju bardziej przystają do poetyki istnienia agenta wywiadu niż rycerza na miarę Zawiszy Czarnego czy jakiegoś tam innego zbrojnego herosa. Zbyt wiele zeznań ludzi pobożnych dowodzi, że walki tej nie prowadzi się z hałasem godnym husarii ciężkozbrojnej, ale wiedzie się ją niejako po cichu, niewidocznie, załatwiając nieraz przy tym w garniturze rzeczy jak najbardziej banalne, szare?

I też przesadą byłoby twierdzić, że zawsze walczy się tak do krwi. Uczą nas w Kościele, że zawsze to trzeba być wiernym tej Miłości, której szukamy, tylko że czasem ta wierność kosztuje mniej, a czasem o wiele więcej. Wpierw jednak trzeba być przekonanym, że taka Miłość w ogóle istnieje. Tak to ostatecznie lądujemy w Roku Wiary, której to brak zżera od środka Katolandię ? jak rdza –  najbardziej? Choć przecież trudno tę wiarę w duszy tak sobie na żądanie wyklepać. No, ale był przecież – Vianney.

 

Post

Polska ściętych głów…

Swoiste notatki patriotyczne po 11 listopada pozwolę sobie rozpocząć od przypomnienia serialu: ?Gra o tron? HBO, historii fantasy podanej w kostiumie średniowiecznych realiów. Pierwszy sezon tej produkcji telewizyjnej (a tylko ten polecam z ograniczoną odpowiedzialnoscią, bo w drugim autorzy na dobre weszli w rejony soft porno) cenię za to, że przypomniała w przestrzeni medialnej starodawną, staroświecką, obecnie bardzo zapomnianą, kategorię konfliktu realnego, wręcz metafizycznego, między dobrem a złem. Dopiero w sztuce rozpiętej między takim biegunami zauważa się realne wybory, konflikty postaw i wynikający z nich dramat. W przedstawieniach, którymi lubuje się tzw. Nowa Lewica, często owe bieguny między dobrem a złem wygumkowano, skutkiem czego nużą one przedłużonym rozpadem na wszelkich poziomach świata przedstawionego. Z kolei poetyka wiecznego PR-u też te bieguny w świecie znosi w momenatch dogodnych dla siebie, ale też i ustawia je, wzmacnia do granic wytrzymałości tam, gdzie o nadzwyczajnej przewinie, na miarę zbrodni przeciw ludzkości, zupełnie mowy być nie może.

We wspomnianym serialu istnieje wątek Night?s Watch, Straży Nocnej, złożonej jakby z rycerzy zakonnych, którzy składają przysięgę służby w celibacie do końca życia na wielkim Murze. Zbudowano go na północnych krańcach krainy siedmiu Królestw, by odgradzał jej od wszelkich zagrożeń, w tym od istot o proweniencji demonicznej. Jakakolwiek dezercja ze służby na Murze, pod jakimkolwiek pretekstem, karana jest śmiercią. Żadnych wymówek, żadnych tłumaczeń, po prostu ? przysięga jest przysiegą, koniec ? kropka. Na swój sposób to okrutne, na swój sposób to zbawcze przypomnienie, że słowo wierności na zawsze winno wiązać, ustalać niewzruszone poczucie miary honoru. W jakimś sensie dla widza jest to nauczka, że złamanie słowa ma swoje rzeczywiste konsekwencje, jak też wypowiadanie w ogóle słów, które generalnie domagają się tego, by wymawiać je raczej z namysłem, w jedności z czynami i oglądem rzeczywistości; no, może poza małymi, a uprawnionymi wyjątkami, np. w pracy policyjnych wywiadowców. Ale też przypomnijmy, że za konsekwentną jedność słów i czynów płaci się czasem cene najwyższą, jak ?ks. Jerzy?.

Oglądamy zatem ?Grę o tron?. Oto głowny bohater, Eddard Stark, ?Lord of Winterfell?, stoi nad takim dezerterem z Muru i bez mrugnięcia okiem ścina swym rycerskim mieczem mu głowę. I teraz nastąpi swoista wariacja owej sceny na potrzeby tego wpisu. Lord Stark odwraca sie, staje przy swym rumaku, powoli wkłada miecz do pochwy i nagle słyszy, o dziwo, jak ta ścięta głowa?poucza wszystkich wokół ze swadą i pewnoscią w głosie o męstwie. Ci się dziwią niezmiernie, że nie tylko gada, ale jeszcze jak gada.

Przykładając te filmowe obrazki do realiów przedstawianego nam od dwudziestu lat polskiego Areopagu, zamieszkanego przez polityków, dziennikarzy, biznemsenów i niektórych duchownych, zauważa się, że biega na nim całkiem spore grono ludzi z własnymi głowami pod pachą i co gorsza ? głowy owe mają się znakomicie i pouczają innych, jak należy trzymać głowę nie tyllko na karku, ale też i prosto. Ale na tym nie dosyć tych komicznych scen. Bo oto się zdarza często, że taka głowa wypomina innej głowie, że jest ścięta, a z kolei ta jej odpowiada z lubością, że przecież sama niedawno turlała się po ziemi, więc niech lepiej zamilknie. I tak w koło Macieju? Dalej odważę się podać kilka przykładów bardziej konkretyzujących te reguły, choć oczywiście niewyczerpujących katalogu nieprawości, które na polskim Areopagu przez dwadzieścia lat się wydarzyły.

Ostatnio słyszymy nieraz polityków, dziennikarzy, inne osoby publiczne, które wypominają wielu agresję, nienawiść, podważanie autorytetu państwa, a jednocześnie nawołują z energią do zgody, jedności, braterskiej miłości. Gdy się wspomni, jak wielu z nich brało udział, w większym lub mniejszym stopniu, w bezpardonowych i niesprawiedliwych atakach przeciw prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu i jego politycznym kompanom, to istotnie ? ma się poczucie, że ścięta głowa gada. Skalę tych ataków uprzytamnia to, że jeden z publicystów nazwał je ogólnie „przemysłem pogardy i odzieraniem z godności”.

Dla ich mowy żaden, nawet największy, marsz ONR-u nie będzie wyzwaniem, zagrożeniem. To zawsze będzie można obrobić medialnie i użyć jako paliwa strachu dla ?lemingów? i ludzi, którzy cenią wpierw święty spokój swoich dzieci, niż brak sprawiedliwości w Polsce (czemu w sumie nie ma się, co dziwić). Dla stylu myślenia i postępownia ludzi ?zgody? rzeczywistym zagrożeniem, wyrzutem sumienia, jest kolejka kolejek ostatniego dwudziestolecia ? hołd dla Pary Prezydenckiej setek tysięcy ludzi po 10 kwietnia. Płynących do Pałacu jak rzeczywista lawa ze świata Mickiewicza, stojących przez kilka dni, po kilkanaście godzin, by się tej Parze pokłonić.

Teraz bardziej staje się jasne chyba to, dlaczego obrazy tego hołdu również wygumkowano z przestrzeni medialnej, dlaczego ich się prawie w ogóle nie wspomina, nie pokazuje, nie powtarza. Właściwie ? ich nie ma, tak to wygląda polska wersja na opak radiowej ?Wojny światów? Orsona Wellsa. Na szczęście byli tam odważni świadkowie z kamerą i ufam, że te obrazy kiedyś wypłyną ostatecznie na wierzch.

Wracając do naszej dokumentacji przypadków ludzi bez głów, wypada też zauważyć bez emocji, że gdy wpierw się widzi polityków, dziennikarzy, osoby publiczne z innego nurtu Polski przekonujących nas o spokoju, o merytorycznym trybie działania, a słyszy się potem, jak niektórzy z nich ? znowu po raz kolejny ? wznoszą okrzyki jak kamikadze chwilę przed ostatecznym uderzeniem, to jednak ma się wrażenie, że ścięta głowa ? też gada. Odrębną kategorię stanowią jeszcze ludzie, którzy za ściętymi głowami się skrylli, przycupnęli, liczą na to, że kiedyś coś się zmieni na lepsze, że trzeba to spokojnie przeczekać, obserwować ?wiatr dziejów?, najwyżej zawołać coś z uśmiechem o ?zgodzie? lub że ?jest ogólnie lepiej, niż było?. Jednak podczas ich ucieczki w kryjówkę realne obszary biedy, niesprawiedliwości, krzywdy ludzkiej w Polsce się poszerzą, a wolności zaweżą. Wydaje się zatem, że dzień po dniu, plasterek po plasterku ? dydają sobie również głowę? Bo czasem wystarczy suma złych uczynków i zaniedbań, by ją uciąć, a nie jeden tylko czyn. Chociaż to ostatnie bardziej widać na przykładzie księży, zakonników, którzy porzucili stan kapłański, obnoszą się z tym po świecie i jeszcze pouczają Kosciół, co jest komu winien lub co powinien zrobić. A przecież wpierw publicznie przysięgali wierność, na zawsze? Choć też w pełni można zrozumieć, że się nie dało rady, że głowa jednak spadła, że się ją potem bierze pod pachę i idzie w milczeniu przez życie, z bólem, który przed Bogiem jednak ratuje.

W jakimś sensie lustrzanym odbiciem obecnej sytuacji na naszym Areopagu jest zanik w Polsce instytucji dymisji albo tylko jej pozorowanie. A przecież czasem, by uratować głowę zostaje już tylko zejść z podwyższenia, z urzędu, jeśli nie sprostało się obowiązkom weń wpisanym. Odpowiedzi poza tym domagają się jeszcze i bardziej fundamentalne pytania. Jak odnosić się do ludzi, których ścięta głowa gada, jak w dzisiejszych czasach zachować własną głowę na karku, szczególnie na polskim Areopagu? W niektórych sytuacjach może pomóc już tylko sam?Bóg wszechmogący. Bo też i każda prawdziwa, dobra wierność jakoś do Boga przybliża, więc też nawet nie chce się kończyć myśli, czyją logikę działania ? według optyki chrześcijańskiej ? odsłania w dzisiejszych czasach tak powszechne lekceważenie słów, w tym szczególnie tych na zawsze. Na razie każdemu człowiekowi tropiącemu Mesjasza pozostaje tylko czekać? Czy pojawią się w Polsce, albo też na jej Areopagu, jacyś Boży mężowie, którzy zaczną coś rzeczywiscie Nowego? W duchu 10 kwietnia, w duchu jedności budowanej na prawdzie, bo też taka była wymowa tego dnia właśnie. A dokładniej: w duchu miłości i prawdy. Jedność bez prawdy fundowano nam przed dwadzieścia ostatnich lat i na razie możemy sobie powiedzieć ? jak bohaterowie ?Gry o tron?: ?The winter is coming, the winter is coming??.

 

Post

Ośrodek Liturgiczny a…Polska

Brzmi prawie jak „słoń a sprawa polska”. Na dodatek jest to Dominikański Ośrodek. W tytule notki o tym nie wspomniałem, nie dlatego bym się lękał, że ktoś ? na podstawie ostatnich wpisów ? posądzi mnie o nerwicę dominikańską, ale dlatego że jest to przede wszystkim Ośrodek Liturgiczny. Skupiający ludzi ? jak mniemam po swej dalekiej obserwacji ? z różnych kręgów eklezjalnych. Fedrujących w Katolandzie na tym samym odcinku słów, co człowiek mający ambicje żyć ?Poza Matrixem?.  Dla skromności dodam tylko, że oni pracują tam twórczo od dawna na wiele większą skalę. W filmikach poniższych sami opisywani wyjaśniają szerzej, o co im chodzi. W ramach jakby teaseru zapowiem tylko: jeśli chcesz uciec nagle z kościoła, kiedy słyszysz organistę, który głosem odartym nieudolnie z Farinellego zaczyna wyrzucać z siebie teksty dobre dla pensjonarek z dziewiętnastego wieku ? docenisz ich robotę. Pamiętam jednak kolegę-agnostyka (bo nie tylko ludzie z ?katolicyzmu otwartego? w życiu swym z takimi się zadają), któremu podesłałem poniższe produkcje wideo. Zapytał mnie potem nieco ironicznie, czy ja aby w nich na pewno tylko piękna liturgicznego szukam?? Zgaduj zgadula, co miał na myśli i oglądaj.

Lecz wobec naszego nastawienia na piękno ?Poza Matrixem? można wysunąć bardziej poważny zarzut na pierwszy rzut oka. Że my tak ciągle o tym pięknie (a co gorsza ? będzie o nim więcej), podczas gdy tu: Kaczyński, Tusk, in vitro, geje, aborcja, Palikot, Trzecia vs Czwarta RP, podczas gdy trzeba brać za laptopy i w okopy? Na poziomie twardych faktów odpowiem, że jako skromny bloger bardziej swego realizmu dowodzę przez to pięknoduchostwo, niż zajmując się z ?dumą? powodzią newsową, na którą mało mogę wpłynąć przy swych skromnych środkach konkretnych.

Wspominając natomiast ?Władcę Pierścieni? wyświetlonego przez Jacksona, odpowiem, że w chwili decydującej walki ze złem Aragorn, Legolas i Gimli zostali posłani na tyły w poszukiwaniu wsparcia ze świata duchów. Im więcej zatem w Kościele takich drużyn poszukujących Źródła piękna, tym szansę na ostateczne zwycięstwo wzrastają. Inaczej opisując te długookresową strategię, powiem, że ?Poza Matrixem? bardziej jesteśmy zatroskani o ilość zbawionych serc ludzkich niż?o Polskę. Tym bardziej że w ?Trzeciej RP? trzeba mieć siłę nie z tej ziemi w sobie, by nie skończyć jako zgorzkniały ?prawicowiec?. Przede wszystkim jednak Pierwsza ?Solidarność? wydarzyła się tylko dlatego, że ilość ludzi dotkniętych pięknem po prostu przekroczyła swą krytyczną masę. I się zaczęło. Bo ta Pierwsza ?Solidarność? była w swej istocie przede wszystkim projektem pięknym, co się przeczuwało niejako podskórnie, gdy się weń wchodziło, gdy po prostu nie wypadało w nim być człowiekiem złych czynów albo nawet więcej: nie wypadało być w nim niemiłym. Właśnie przez to odsłaniała się głęboka natura piękna, delikatny sposób przyciągania przez nie ludzi. Co nie świadczy oczywiście o totalnej bezgrzeszności członków ?Solidarności?, o czym po latach wiemy o wiele więcej i dokładniej. Takie chwile piękna powtórzyły się  i po śmierci papieża, i po 8.41, 10 kwietnia, na Krakowskim Przedmieściu. Polska, o jakiej wielu marzy, jakiej szuka, Polska według ?zaklęć? Wojtyły, Wyszyńskiego, Popiełuszki to przede wszystkim: Polska piękna?cdn. (?). Nietrudno się też domyslić, że ta cała dotychczasowa logika wywodu opiera sie na starożytnej triadzie, na jedności prawdy, dobra i właśnie piękna, którą to jedność – według chrześcijaństwa – doskonale wypełnił sam Zbawiciel

czytaj więcej »

video

Ludzie Ciszy – franciszkanin

?Ludzie Ciszy? to nie tylko nasze zdjęcie, które dobry kolega M. sobie stapetował w trybie całkowicie pirackim na ekran laptopa (notabene – gratulujemy trafnego wyboru), ale też planowany cykl, wątek, który ?Poza Matrixem? będzie się często pojawiał. Z tego względu, że na naszym blogu będziemy intensywnie fedrowali na odcinku słów, które w polskim Katolandzie wydają się być nieco zapomniane albo też i zakurzone. Są nimi: starodawna triada ? ?prawda?, ?dobro?, ?piękno?, a ponadto: ?cisza?, ?tajemnica?, ?serce?, w wersji dla panów – ?braveheart?. Tylko proszę nie myśleć, że to ostatnie nakazujemy wcielać na sposób krzyżowca. Co to, to nie ? współcześnie rozgrywać się je winno raczej w poetyce minimalistycznego w swej formie filmu ?Szpieg? (o czym kiedy indziej dłużej). Ale też wysunięcie bardziej na pierwszy plan tychże słów jest niebywałą szansą w staraniach ewangelizacyjnych. Bo gdy poznaje się np. ?dyskurs? takiej ?Krytyki Politycznej?, to w ogóle zdają się one w nim nie występować. Jak się słucha ?dziewcząt? i ?chłopców? z pisma, które spędza tak często sen z powiek adeptom wielu prawicowych ?think tanków? , to prawie się myśli, że zamiast serc mają oni zlepek ?izmów? wszelakich. Oczywiście ? mają serca, i wiadomo, że katolicka ?polityczna poprawność? słusznie nakazuje nie osądzać, co w tych sercach się kłębi. Ale jeśli chodzi o ?wojnę? dyskursów, narracji, to bracia ?katole? ? wyciągamy nasze ?serca? na wierzch, o? przepraszam ? nasze ?braveheart?. Bo też słowo ?serce? ?immanentnie?, ?strukturalnie? (to już chyba bliżej ?Krytyki?), odsyła nas?do Boga. Oczywiście możliwy to zarzut, że takimi postulatami uprawiamy jakiś filozoficzno-teologiczny forrestgampizm, że przecież wiara i wiedza w jednej chodzą parze kontemplacyjnej. Nie przeczę ? uprawniony to zarzut może być (czy w ostatnich słowach nie popadłem aby w składnię Mistrza Yody?). Ale tym, co zaraz w dalszej części napiszemy, nie kwestionujemy zasadności teologicznych studiów wszelakich, regularnego poznawania Biblii i Tradycji.

W planie prywatnym dopowiemy jednak, że akurat piszący ma taki feler w sobie, że gdy czyta dłużej dzieło o Bogu, grube i szczegółowe jak książka telefoniczna, to coś jakby w brzuchu zaczyna go boleć i ratunek na ten syndrom znajduje najczęściej w samotnej, a przedłużonej, sesji ?terapeutycznej? w kaplicy. I proszę wierzyć piszącemu: w tym puklerzu wiary, którym się on chwali, jest pewien prześwit, pewna szczelina?która się nie domyka od lat, i którą jakiś snajper może kiedyś wreszcie wykorzysta? Aby jednak nie popaść za bardzo w tryb programu ?Ewa Drzyzga Show? wątek ten na tym skończymy.

czytaj więcej »

Post

Neo – bez wsparcia dominikanów?

Zgodnie z wcześniejszą obietnicą, ?udrapowani? na wiedźmę z ?Makbeta?, w rękawiczkach chirurgicznych ? ściągniętych jakby z Lekarzy TVN-u, włożymy teraz łyżkę dziegciu do dominikańskiej beczki miodu, którego laliśmy bodajże całkiem sporo we wcześniejszych wpisach. Chwaliliśmy w nich braci między innym za to, że udało nam się znaleźć porządkowany, uzupełniany regularnie zapis dźwiękowy kazań z dominikańskiej parafii warszawskiej (zob. wpis Służew ?nadaje??). Problem jednak powstaje zawsze wtedy, kiedy kogoś chwali się za ?oczywistą oczywistość?. W czym rzecz, w czym zarzut?? Wpierw proszę przeskanować inne strony klasztorów dominikańskich w Polsce (nie znalazłem na nich drugiego tak szerokiego, a przy tym tak regularnie aktualizowanego – co najważniejsze – działu ?Nagrania?).  Potem, proszę czytać dalej?

Podstawowym  ?charyzmatem? (bardziej świecko mówiąc: zadaniem ) Zakonu Kaznodziejskiego jest głoszenie prawdy o Zbawicielu wszystkim i wszędzie – na całej kuli ziemskiej. Dobitnie to wyraża motyw przewodni ostatniego pisma kleryków dominikańskich, ?Teofil?,  streszczony w zawołaniu: ?Klasztorem kaznodziei jest cały świat?. W nim to właśnie uczeń św. Dominika ma się dzielić z innymi swoimi ?owocami kontemplacji? Boga. Pozostawię w niedomówieniu teraz problem owej ?kontemplacji?, tego czy jest jej dosyć, bo to już wewnętrzna sprawa owej ?formacji? zakonnej, znanej mi jednak za mało na jakiekolwiek oceny w tym względzie. Natomiast w świetle tego, o czym dalej będzie mowa, widać chyba problem albo z rozumieniem słowa ?świat?, albo trzeba by zaśpiewać polskim braciom stary przebój Garbage z Bonda: ?The world is not enough? .

Wiadomo bowiem (trudno, wypowiedzmy jednak ten banał), że świat dzisiaj poszerzył nam się niebywale o wymiar cyfrowy, ?netowy?, który wchłania media wcześniej powstałe i je ?kanibalizuje? lub przeformułowuje, przydając przy tym nowych możliwości. Zarazem też w jakimś sensie ?kanibalizuje? i przeprogramowuje ludzkie myślenie, może i świadomość na głębszych poziomach, wpływając pośrednio na ludzkie? – tak, tak, odważę się to też powiedzieć ?  serce, przez które ostatecznie (jak podpowiada intuicja) rozpoznaje się Bożą obecność. Myśląc zatem czasem krótko o tych sprawach, nieraz mnie dziwiło, dlaczego to świat dominikański jest mało obecny w wirtualno-medialnej przestrzeni Polski współczesnej, biorąc pod uwagę szczególnie to, jakiż to złożono w nim właśnie ?charyzmat?.  I uzależnia swą obecność w tej przestrzeni od potrzeb, a też i widzimisię, innych ?podmiotów medialnych?. Teraz, w dobie Sieci, takie uzależnienie będzie o wiele mniej do obrony.

czytaj więcej »