Your browser (Internet Explorer 6) is out of date. It has known security flaws and may not display all features of this and other websites. Learn how to update your browser.
X
Post

Ks. Jerzy Popiełuszko: Przywódca „Solidarności” (foto-epilog)

Mamy foto-epilog do ostatniego tekstu na naszym blogu o ks. Jerzym Popiełuszce. Zdjęcie zrobione dziś na warszawskim Żoliborzu, dwa dni po 29 rocznicy męczeńskiej śmierci kapłana „Solidarności” (fot. AO; kliknij na foto, aby powiększyć).

AO_2012_00015-3.jpg

Post

Ks. Jerzy Popiełuszko (1947-1984): Przywódca „Solidarności”

AO_2012_00003-3.jpg

W sobotę (19 października) minie kolejna rocznica śmierci męczeńskiej ks. Jerzego Popiełuszki. Trzydziestosiedmioletniego kapłana „Solidarności” zakatowanego przez funkcjonariuszy SB w roku 1984. W okolicznościach, które co rocznicę rozgrzewają dysputy na temat ich faktycznego przebiegu, kierując tym samym uwagę poza główny sens, który z tej tragedii coraz bardziej wyłania się, przez te ostatnie dwadzieścia parę lat, na naszych oczach.

Jedno można powiedzieć raczej na pewno. Gdyby nie ten jego kamienny grób, symbolicznie skupiający w sobie historię i istotę życia w PRl – u, to raczej nie byłoby co zbierać dziś po micie „Solidarności”.  Szczególnie, gdy się patrzy na losy i postępowanie różnorakich elit postsolidarnościowych w „wolnej Polsce”, i to zarówno tych z Trzeciej, jak i z Czwartej RP. Zabrakło w nich masy krytycznej dobrych uczynków i postaw, które zadecydowałyby o „podmiotowości” i jedności współczesnej Polski. O grób „ks. Jerzego” tak naprawdę rozbija się szczególnie „narracja” RP  Trzeciej, z jej gumkowaniem ofiar komunizmu, przeinaczaniem znaczeń słów podstawowych, pobłażaniem dla wielowymiarowej niesprawiedliwości w państwie po roku ’89.  Odbywa się to jednak bez „błędów i wypaczeń” obecnych w „narracji” RP Czwartej. Bądź co bądź nie była ona, i nie bywa, spełnieniem marzeń „ks. Jerzego”, by „zło dobrem zwyciężać” , co ostatecznie w narzeczu chrześcijańskim tłumaczy się na słowo „krzyż”. Choć trzeba przyznać, że akurat akces do tej „narracji” wymagał, i dalej wymaga, o wiele więcej odwagi, samozaparcia, zgody na różnoraką niepewność.

Pomyśleć, że człowiek jako szczenię w komeżce ministranta widział chwałę i dumę pierwszej „Solidarności”, turlając się wokół kościoła św. Stanisława Kostki, wdrapując się czasem na jego balkon, gdzie celebrowano słynne „Msze za Ojczyznę”. Potem jednak zbyt często, przez te ostatnie dwadzieścia parę lat, myśli przykre atakowały świadomość: „Solidarność „- ewangelizacyjną porażką polskiego Kościoła?odrabiali tylko „pańszczyznę” w świątyniach?,  i wreszcie ta najgorsza: a może szkoda było za nich tej krwi…?  Ostatnia myśl zaś jest taka, że w Polsce zwyciężyła jednak polityka uprawiana w duchu wskazań diabolicznego Franka Underwooda z serialu „House of Cards” , a nie w duchu nauk tego świętego. Widok jakiegoś członka pierwszej „Solidarności” topniejącego przed tym żoliborskim grobem; podobnie jak wampir w porannym słońcu? To nie jest wcale obrazek, który zdarzyć mógłby się tylko w horrorach. Działalność w podziemiu – choćby nie wiadomo jak heroiczna – nie dawała patentu na bezgrzeszność do końca życia i nie uwalniała z przestrzeni walki dobra ze złem. Walki o tej samej logice od tysięcy lat, choć w dziejach spełniającej się w różnych scenografiach historycznych i z różnymi bohatermi. Mającej jednak swój konkretny wymiar duchowy, o czym przekonywał też i „ks. Jerzy”.

„Solidarność” żyje, bo Ty oddałeś za nią życie! – powiedział podniośle Wałęsa Lech na pogrzebie męczennika. W tym jednym się nie mylił. Po latach można spokojnie przyznać, że Bóg i Historia, objawiły nam przywódcę „Solidarności”, który będzie dla nas widocznym znakiem w latach i przyszłych. Jednak wydaje się, że kolejne rocznicę jego śmierci nie mają takiej rangi w mediach, jaka należałaby się temu błogosławionemu człowiekowi. Może dlatego że życie i twórczość „ks. Jerzego” dalej są dla zbyt wielu ważnych ludzi w Polsce niewygodne, za bardzo niewygodne. Ale „ks. Jerzy”, przez swoją historię, nauczanie, grób i beatyfikację, nieustannie zadaje pytania, w tym i polskiemu Kościołowi, w szczególności jego kapłanom, biskupom, kardynałom. Czy stoją razem z nim na tym balkonie, czy głoszą prawdę i miłość z odwagą, czy są blisko spraw „zwykłych Polaków” ,  jak i on bywał? Było podniośle, wiem, bo i tak tym razem musiało być.

(Na górze: grób ks Jerzego Popiełuszki na warszawskim Żoliborzu, fot AO; 16.10. 2013, w razie potrzeby kliknij na zdjęcie, aby powiększyć).

Post

Baloniki i samolot

Polaku ??optymisto? drugiego maja. Zanim uniesiesz się do nieba na tych balonikach. Uciekając przed zderzeniem z polskimi szpitalami, sądami, kolejami, drogami. Bo przecież i Ty chodzisz po tej samej, co my ziemi. Zanim przerobisz ten ?mesjanizm i męczeństwo” na słodycz czekolady, a biało-czerwoną na ?radosny? róż. Czemu nie ma się, co dziwić, kiedy ta flaga dla Ciebie tak znaczona ?antysemityzmem”, ?bezsensem powstań” i ?posępnym, smoleńskim ludem”.

Zanim zadekretujesz pałką opinii, siłą instytucji uśmiech i okrzyk, że Polska poczęła się dopiero ?4 czerwca” i stoi sprawiedliwością, sukcesem, a kto ?przeciw?, ten czyni ?rokosz!?. Bo przecież wiemy, że historię piszą silniejsi. Zanim zatkasz uszy, zamkniesz oczy na ludzi, których niszczą ludzie tego państwa i ci, którzy za nimi stoją. Bo przecież mamy ?demokrację?, ?wolne media?, mogą do nich się zgłosić, czyli „jest super, jest super, więc o co ci chodzi??” Tak zatem zanim odlecisz jednak z tej ziemi, z jej historii i losu, w oparach wiary w tego ?orła, co może” wszystko, pomyśl choćby przez chwilę: ten wrak tam ciągle leży? Może uratujesz ?zdrowy rozsądek” przed wystrzeleniem w kosmiczną próżnię. Żaden lot balonikiem różowym, który pęknie jak bańka mydlana przy pierwszym pocie i trudzie, nie wzbudzi wołania, które polski pejzaż przemieni. Raczej już to proste i długie spojrzenie na ten samolot. Spojrzenie, które uwięzi w cichym zobowiązaniu.

10 kwietnia gromadzili się ludzie na Krakowskim Przedmieściu, w krainie już poza ?Trzecią?, ale też i poza ?Czwartą RP?. Mimo bólu, szukając nadziei na to, co nowe i wspólne. Ale Ty tego nie widzisz lub widzieć nie chcesz. Trzeba przyznać, że ?dzielnie? próbowałeś odbić to Krakowskie Przedmieście z rąk „ludu smoleńskiego”, różowym marszem i białym ptakiem. Ale spokojnie, ten krzyż tam stał, stoi i stać będzie. Przez to, że wyrósł w takim dniu ze smoleńskiego drzewa, ludzi połączył, ale też i o niego rozbiły się: kult ?wybierzmy przyszłość i Europę?, moralna nieprzejrzystość tych ostatnich dwudziestu lat. Wywiedzione z niej niesprawiedliwość i prawdy ?przetwarzanie?, a także?(tu już niech sobie każdy sam resztę dopisze). Rozbiły się bez wpływu jakiejkolwiek przemocy; czy to w słowie, czy to w czynie.

I tylko przez wzgląd na tych cukierników, którzy wiele serca włożyli w tego czekoladowego ptaka, dalej nie będziemy się już nad nim pastwić…

 

foto

10.04 – Wieża Srebrnych Dzwonów

IMG_0308

Działo się to rok temu, na przełomie lutego i marca bodajże, akurat wtedy już o wiele intensywniej czuło się w powietrzu starcie wiosny i zimy. Postanowiłem nawiedzić kryptę, mimo że byłem w niej wkrótce po tym, jak złożono Parę Prezydencką w sarkofagu, oddając jej wtedy po raz pierwszy cześć, obiecując pamięć. Wszedłem ja, a za mną rodzina z trójką dzieci, raczej rozbrykanych, i para, nie wiem, czy młoda, ale mało zgodna na początku, by tam wejść, bo to on ją do tego dyskretnie namawiał. W sumie weszli do krypty zaraz po rodzinie. I nagle wszyscy zamarliśmy w bezruchu, zapadła między nami cisza, która spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Zdziwiłem się swojej mimowolnej reakcji, bo oto nagle odnalazłem swą prawą rękę w okolicy serca, podświadomie kopiując podniosły obyczaj amerykański, dzieciaki zaś miały usta nieco otwarte, zastygłe w półsłowie, a para stała już teraz w bewzględnej zgodzie. Co kobieta potwierdziła ostatecznie, na pożegnanie dotykając ręką krawędzi sarkofagu. Chociaż też prawda domaga się tego, by wspomnieć, że wszyscy znacząco spojrzeliśmy, wchodząc do krypty, na tablicę z resztą nazwisk…

Kiedy schodziłem ze Wzgórza Wawelskiego, pomyślałem, że ta cisza przetrwa wiele i wielu; w tym i tych, którzy nie mają dla nich za grosz szacunku, ale też i tych, którzy walczą o szacunek dla nich, nie będąc do końca wiernym wskazaniu, by jednak ?zło zwyciężać dobrem?. Rzeczywiście, cisza tej krypty przetrwa wiele i wielu. Nie trzeba być wybitnym ?mesjanistą?, by podejrzewać, że to państwo zwane Polską przeżyje, albo też odnowi się, dzięki tej ciszy. I nie trzeba być wybitnym ?mesjanistą?, by sobie życzyć, że jeśli ja zapomnę o tej ciszy, to ?Ty, Boże, zapomnij i o mnie?. (P.S. na zdjęciu – wejście do Krypty pod Wieżą Srebrnych Dzwonów; około rok temu, w razie potrzeby kliknij na foto, aby powiększyć).

foto

1 marca – to tu, to tam po polsku

?Poza Matrixem? staramy się (z różnym trzeba przyznać skutkiem) mówić raczej mało niż więcej, raczej milczeć, niż mówić mało. Pod tą ostatnia regułę podpada 1 marca, kiedy to wspominamy, szanujemy tych, którzy chcieli pozostać radykalnie wolni – do końca. Pod nią też będzie podpadać jeszcze kilka innych dat historycznych, ważnych dla Polski. I kiedy niektórzy będą wtedy mielić w kółko, czy to miało sens, czy też go nie miało, my będziemy wówczas patrzyli, celebrowali. Kiedy jedni będą zatem nakręcać wrzask dysput wszelakich, my będziemy mieli wówczas takie swoje małe, ciche, cyfrowe „Dziady”. Dysputy będziemy o tych sprawach prowadzili, kiedy indziej. No, zobaczymy, jak nam to wyjdzie, ale teraz tak, jak to było obiecane: cicho sza… (W razie potrzeby kliknij na zdjęcia, aby powiększyć).

 

 

foto

Wawel – „by night”

Były już Łagiewniki ? ?by night? , więc jako że promujemy ?Poza Matrixem?  neoideał Polaka-katolika musi też być Wawel ? ?by night?; patrz poniżej?

Post

Polska ściętych głów…

Swoiste notatki patriotyczne po 11 listopada pozwolę sobie rozpocząć od przypomnienia serialu: ?Gra o tron? HBO, historii fantasy podanej w kostiumie średniowiecznych realiów. Pierwszy sezon tej produkcji telewizyjnej (a tylko ten polecam z ograniczoną odpowiedzialnoscią, bo w drugim autorzy na dobre weszli w rejony soft porno) cenię za to, że przypomniała w przestrzeni medialnej starodawną, staroświecką, obecnie bardzo zapomnianą, kategorię konfliktu realnego, wręcz metafizycznego, między dobrem a złem. Dopiero w sztuce rozpiętej między takim biegunami zauważa się realne wybory, konflikty postaw i wynikający z nich dramat. W przedstawieniach, którymi lubuje się tzw. Nowa Lewica, często owe bieguny między dobrem a złem wygumkowano, skutkiem czego nużą one przedłużonym rozpadem na wszelkich poziomach świata przedstawionego. Z kolei poetyka wiecznego PR-u też te bieguny w świecie znosi w momenatch dogodnych dla siebie, ale też i ustawia je, wzmacnia do granic wytrzymałości tam, gdzie o nadzwyczajnej przewinie, na miarę zbrodni przeciw ludzkości, zupełnie mowy być nie może.

We wspomnianym serialu istnieje wątek Night?s Watch, Straży Nocnej, złożonej jakby z rycerzy zakonnych, którzy składają przysięgę służby w celibacie do końca życia na wielkim Murze. Zbudowano go na północnych krańcach krainy siedmiu Królestw, by odgradzał jej od wszelkich zagrożeń, w tym od istot o proweniencji demonicznej. Jakakolwiek dezercja ze służby na Murze, pod jakimkolwiek pretekstem, karana jest śmiercią. Żadnych wymówek, żadnych tłumaczeń, po prostu ? przysięga jest przysiegą, koniec ? kropka. Na swój sposób to okrutne, na swój sposób to zbawcze przypomnienie, że słowo wierności na zawsze winno wiązać, ustalać niewzruszone poczucie miary honoru. W jakimś sensie dla widza jest to nauczka, że złamanie słowa ma swoje rzeczywiste konsekwencje, jak też wypowiadanie w ogóle słów, które generalnie domagają się tego, by wymawiać je raczej z namysłem, w jedności z czynami i oglądem rzeczywistości; no, może poza małymi, a uprawnionymi wyjątkami, np. w pracy policyjnych wywiadowców. Ale też przypomnijmy, że za konsekwentną jedność słów i czynów płaci się czasem cene najwyższą, jak ?ks. Jerzy?.

Oglądamy zatem ?Grę o tron?. Oto głowny bohater, Eddard Stark, ?Lord of Winterfell?, stoi nad takim dezerterem z Muru i bez mrugnięcia okiem ścina swym rycerskim mieczem mu głowę. I teraz nastąpi swoista wariacja owej sceny na potrzeby tego wpisu. Lord Stark odwraca sie, staje przy swym rumaku, powoli wkłada miecz do pochwy i nagle słyszy, o dziwo, jak ta ścięta głowa?poucza wszystkich wokół ze swadą i pewnoscią w głosie o męstwie. Ci się dziwią niezmiernie, że nie tylko gada, ale jeszcze jak gada.

Przykładając te filmowe obrazki do realiów przedstawianego nam od dwudziestu lat polskiego Areopagu, zamieszkanego przez polityków, dziennikarzy, biznemsenów i niektórych duchownych, zauważa się, że biega na nim całkiem spore grono ludzi z własnymi głowami pod pachą i co gorsza ? głowy owe mają się znakomicie i pouczają innych, jak należy trzymać głowę nie tyllko na karku, ale też i prosto. Ale na tym nie dosyć tych komicznych scen. Bo oto się zdarza często, że taka głowa wypomina innej głowie, że jest ścięta, a z kolei ta jej odpowiada z lubością, że przecież sama niedawno turlała się po ziemi, więc niech lepiej zamilknie. I tak w koło Macieju? Dalej odważę się podać kilka przykładów bardziej konkretyzujących te reguły, choć oczywiście niewyczerpujących katalogu nieprawości, które na polskim Areopagu przez dwadzieścia lat się wydarzyły.

Ostatnio słyszymy nieraz polityków, dziennikarzy, inne osoby publiczne, które wypominają wielu agresję, nienawiść, podważanie autorytetu państwa, a jednocześnie nawołują z energią do zgody, jedności, braterskiej miłości. Gdy się wspomni, jak wielu z nich brało udział, w większym lub mniejszym stopniu, w bezpardonowych i niesprawiedliwych atakach przeciw prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu i jego politycznym kompanom, to istotnie ? ma się poczucie, że ścięta głowa gada. Skalę tych ataków uprzytamnia to, że jeden z publicystów nazwał je ogólnie „przemysłem pogardy i odzieraniem z godności”.

Dla ich mowy żaden, nawet największy, marsz ONR-u nie będzie wyzwaniem, zagrożeniem. To zawsze będzie można obrobić medialnie i użyć jako paliwa strachu dla ?lemingów? i ludzi, którzy cenią wpierw święty spokój swoich dzieci, niż brak sprawiedliwości w Polsce (czemu w sumie nie ma się, co dziwić). Dla stylu myślenia i postępownia ludzi ?zgody? rzeczywistym zagrożeniem, wyrzutem sumienia, jest kolejka kolejek ostatniego dwudziestolecia ? hołd dla Pary Prezydenckiej setek tysięcy ludzi po 10 kwietnia. Płynących do Pałacu jak rzeczywista lawa ze świata Mickiewicza, stojących przez kilka dni, po kilkanaście godzin, by się tej Parze pokłonić.

Teraz bardziej staje się jasne chyba to, dlaczego obrazy tego hołdu również wygumkowano z przestrzeni medialnej, dlaczego ich się prawie w ogóle nie wspomina, nie pokazuje, nie powtarza. Właściwie ? ich nie ma, tak to wygląda polska wersja na opak radiowej ?Wojny światów? Orsona Wellsa. Na szczęście byli tam odważni świadkowie z kamerą i ufam, że te obrazy kiedyś wypłyną ostatecznie na wierzch.

Wracając do naszej dokumentacji przypadków ludzi bez głów, wypada też zauważyć bez emocji, że gdy wpierw się widzi polityków, dziennikarzy, osoby publiczne z innego nurtu Polski przekonujących nas o spokoju, o merytorycznym trybie działania, a słyszy się potem, jak niektórzy z nich ? znowu po raz kolejny ? wznoszą okrzyki jak kamikadze chwilę przed ostatecznym uderzeniem, to jednak ma się wrażenie, że ścięta głowa ? też gada. Odrębną kategorię stanowią jeszcze ludzie, którzy za ściętymi głowami się skrylli, przycupnęli, liczą na to, że kiedyś coś się zmieni na lepsze, że trzeba to spokojnie przeczekać, obserwować ?wiatr dziejów?, najwyżej zawołać coś z uśmiechem o ?zgodzie? lub że ?jest ogólnie lepiej, niż było?. Jednak podczas ich ucieczki w kryjówkę realne obszary biedy, niesprawiedliwości, krzywdy ludzkiej w Polsce się poszerzą, a wolności zaweżą. Wydaje się zatem, że dzień po dniu, plasterek po plasterku ? dydają sobie również głowę? Bo czasem wystarczy suma złych uczynków i zaniedbań, by ją uciąć, a nie jeden tylko czyn. Chociaż to ostatnie bardziej widać na przykładzie księży, zakonników, którzy porzucili stan kapłański, obnoszą się z tym po świecie i jeszcze pouczają Kosciół, co jest komu winien lub co powinien zrobić. A przecież wpierw publicznie przysięgali wierność, na zawsze? Choć też w pełni można zrozumieć, że się nie dało rady, że głowa jednak spadła, że się ją potem bierze pod pachę i idzie w milczeniu przez życie, z bólem, który przed Bogiem jednak ratuje.

W jakimś sensie lustrzanym odbiciem obecnej sytuacji na naszym Areopagu jest zanik w Polsce instytucji dymisji albo tylko jej pozorowanie. A przecież czasem, by uratować głowę zostaje już tylko zejść z podwyższenia, z urzędu, jeśli nie sprostało się obowiązkom weń wpisanym. Odpowiedzi poza tym domagają się jeszcze i bardziej fundamentalne pytania. Jak odnosić się do ludzi, których ścięta głowa gada, jak w dzisiejszych czasach zachować własną głowę na karku, szczególnie na polskim Areopagu? W niektórych sytuacjach może pomóc już tylko sam?Bóg wszechmogący. Bo też i każda prawdziwa, dobra wierność jakoś do Boga przybliża, więc też nawet nie chce się kończyć myśli, czyją logikę działania ? według optyki chrześcijańskiej ? odsłania w dzisiejszych czasach tak powszechne lekceważenie słów, w tym szczególnie tych na zawsze. Na razie każdemu człowiekowi tropiącemu Mesjasza pozostaje tylko czekać? Czy pojawią się w Polsce, albo też na jej Areopagu, jacyś Boży mężowie, którzy zaczną coś rzeczywiscie Nowego? W duchu 10 kwietnia, w duchu jedności budowanej na prawdzie, bo też taka była wymowa tego dnia właśnie. A dokładniej: w duchu miłości i prawdy. Jedność bez prawdy fundowano nam przed dwadzieścia ostatnich lat i na razie możemy sobie powiedzieć ? jak bohaterowie ?Gry o tron?: ?The winter is coming, the winter is coming??.

 

Post

Z miłości do Ojczyzny – „próby” tłumaczenia się (po 3 maja).

Będzie patetycznie dla wielu teraz, ale jednak koniecznie dla autora. Na Pomniku Polskiego Państwa Podziemnego, koło Sejmu, widnieje napis: ?Tobie Ojczyzno – Armia Krajowa?. Dziwne, a jednak taki napis, w takim miejscu, przypomniał mi inną frazę wypowiedzianą przed „rzeszą” Polaków w pewien wyborczy wieczór: ?najważniejsza jest miłość?. Wiele zapewne rzeczy trzeba będzie po rządach obecnej ekipy budować na nowo w tym kraju, w tym również znaczenie w przestrzeni publicznej słowa: ?miłość?, której dowód nam panujący dawali przykładowo w reklamówkach o ?strasznym, PiS ? owskim ludzie?; nieubłaganie, z pasją i nienawiścią Jakuba Szeli, zmierzającym do urn.

Dla człowieka ?tropiącego Mesjasza? słowo wspomniane jest wyrażeniem prymarnym dla dalszych rozważań. Bo z nim wiąże się wymóg oddania czegoś najcenniejszego dla drugiego (starodawne ?poświęcenie?), a zarazem nakaz stosowania siły tylko dla koniecznej obrony. Bowiem ta siła, gdy wchodzi w nienawiść, zbrodnię lub też wyrachowane łamanie drugiego (np. w ?grze wywiadów?), przepali w sumie najbardziej prawego bojownika w ?imię wyższych ideałów?, budząc moralnego kaca (vide: napięcia społeczne w Izraelu). Trudno jak najbardziej uzgodnić słowo ?miłość? z niemoralnymi praktykami w obrębie państwa, owe podniosłe hołdy w czasie rocznic z jakimkolwiek ?draństwem? ludzi pozostających na jego służbie.

Dla wszystkich, co trwają w mesjanistyczno-romantycznych oczekiwaniach, które na swój specyficzny sposób stają się też jakoś bliższe i piszącemu, zwracamy uwagę na wymiar ziemski ich oczekiwań. Dopiero państwo konstruowane w ?imię miłości? od a do z; od służby zdrowia po właśnie grę parlamentarną, dyplomatyczną, czy nawet wywiadów, ma szanse być owym wymarzonym ?Chrystusem narodów?. Oczywiście podczas zmagań dnia codziennego, albo też w chwilach bardzo ważnych, trudno nieraz o wierność takim ?ideałom?. Jednak ostateczne zło zaczyna się chyba wtedy, gdy próbuje się uciec od świadomości, że tak wysokim wymaganiom się nie sprostało, w sytuacji np. tragicznej lub granicznej. Zresztą ? utylitarnie rzecz ujmując: wierność na dłuższą metę dobru drugiego człowieka (tu – pojmowanego na sposób chrześcijański) wydaje się popłacać w wymiarze społecznym, ekonomicznym. Chociaż nie zawsze i zgrozą byłoby jednak być w ten sposób wiernym tylko dla tak utylitarnych potrzeb.

Ta miłość do Ojczyzny wydaje się więc nade wszystko pamięcią i zobowiązaniem wobec tych, którzy pracowali, ginęli, a zostawili dla nas to, co najcenniejsze, i których wojskowi przyzywają jak najbardziej poważnie podczas Apelu Poległych, przez co potwierdzają ich istnienie razem z nami… Kontemplowanym ciągle tak często przez wielu Polaków (bo na pewno już nie przez wszystkich) pod właśnie krzyżami. I tak okazuje się, że ta miłość do Ojczyzny, jak każda prawdziwa miłość, mieści się w strumieniu miłości Bożej. Teraz już Polska ujawnia się nam, nie tylko jako formuła państwa, ale też jako przestrzeń zbawienia, jako droga dana człowiekowi do Boga.

Jest coś specyficznego w tym, że gdy zaczyna się mówić o ?narodzie?, ?Ojczyźnie?, to bardziej się to ?czuje? niż ?wie?, niż chce się ?ubrać? w socjologiczne ?izmy?, bo tak jakoś trudno naukowo tłumaczyć się właśnie… z miłości. Spostrzeżenie to odsyła nas zatem do przestrzeni człowieczego serca, owej najgłębiej skrytej, najświętszej sfery współistnienia człowieka z Bogiem. I jeżeli jakiś w radiu zapytany taksówkarz mówi, że nie idzie na wybory, bo patrzenie na polityków, na ich wyczyny za bardzo go boli w sercu, to jak najbardziej te nasze intuicje potwierdza. W ich świetle jaśniej można zrozumieć słowa kardynała Dziwisza, że patriotyzm to ?Boża sprawa?, ale też i zrozumieć kosmpolityczne nastawienie lewicy czy też nacjonalistyczne aberracje. W tych ostatnich bowiem droga do narodu wiedzie niejako przez Boga; czyli odwrotnie, jak to się ma rzecz w ?logice miłości?; w której do Boga idzie się przez naród. Tu naród jest na służbie u Boga, a nie Bóg na służbie narodu ? co jest rzeczywistym pogaństwem; niezależnie od tego pod iloma krzyżami się wydarza.

A zatem w jakimś sensie łatwiej być patriotą człowiekowi wierzącemu, ale też znowu ? łatwiej być z kolei patriotą niż ?ortodoksyjnym katolikiem?, bo wiara w jakiekolwiek obcowanie zmarłych pozwala już poczuć zobowiązanie… ergo patriotyzm ma szansę się spełnić. Najważniejsze więc dla nas wszystkich, wierzących właśnie w jakiekolwiek obcowanie zmarłych, jest to, by nie dać się oderwać od tych grobów, od historii, od pamiątek, które tworzyli, trzymali ludzi nam bliscy. Nie dać się oderwać w imię czegokolwiek: Unii Eruopejskiej, tolerancji, globalizacji, obrony przed Chinami etc. Bo jeśli do tego dojdzie przerobią nas na ?ludzkie zasoby? dla ?międzynarodowych organizmów gospodarczych i politycznych?, i na niewiele więcej… A najbardziej paradoksalne jest to, że bez własnego, silnego przemysłu, stabilnego, wydajnego państwa o wiele trudniej będzie nam bronić tejże ?polskiej duszy?, czymkolwiek ona jest, choć przecież już wiemy, że jest? cdn.

(Pierwotna wersja tekstu ukazała się w listopadzie 2011 roku).

Post

ACTA – cyfrowi rebelianci w oddali

Ostatnie „zadymy” z cyklu ACTA – GATE w skali masowej wykrzyczały parę treści, które były wypowiedziane przy stoliku przez pewnych bystrych młodzieńców z Iphonami w ręku, w cafeterii „Sturbucks” (a mimowolnie podsłuchanych przez piszącego). Po wymianie zdań o giełdach, notowaniach złota, szansach Grecji, przeszli oni do spraw mało „ekonomicznych”. Krótką wymianę zdań w tej materii, dopełnili stwierdzeniem, że „nie ma w Polsce wolnych mediów”. Po czym wrócili do rozmowy o giełdach. A zatem nie szli na barykady, nie nawoływali wtedy do protestów ulicznych. Nie, bo mieli Sieć. Właściwie przyzwyczaili się do tego, że na swój sposób są na emigracji wewnętrznej, że mogą się przystosować, jeśli zanadto nię będą przymuszani, poniżani. Reguła jest prosta i wypowiedziana w dawnych słowach: „Tiszej budiesz, dalej jediesz”. Jak to ujawniło się w rozmowie z moim kolegą, młodym filmowcem. Kiedy weszliśmy na temat Ewy Stankiewicz, powiedział, że „ona w tym kraju jako filmowiec jest skasowana”. To znaczy, że może sobie coś kręcić na boku, ale o jakichkolwiek dotacjach państwowych i większych zleceniach prywatnych może sobie pomarzyć. Zapytałem go, czy odważyłby się to powtórzyć pod nazwiskiem. Domyślacie się Państwo, jaką otrzymałem odpowiedź. Owo „ona jest skasowana” jest skalą i funkcją miękkiego autorytaryzmu, który przenika to państwo. Może teraz dziennikarz „Wyborczej” mniej sie będzie dziwił w programie TVN, dlaczego akurat w Polsce były takie manifestacje. Dziennkiarz gazety, w której losy pani Ewy nie są traktowane – zdaniem piszącego – jako rzeczywisty przykład ograniczania wolności obywatelskich. 

Ci młodzi przyzywczaili się, że tu „na górze”: nepotyzm, układy, „kontakciki”. Celebryci: dziennikarscy, aktorscy, polityczni, biznesowi, niektórzy duchowni. Razem – zblatowani. Inaczej ręka rączkę myje. Wolność łamaną, o którą nie chciało im się nadto walczyć, bo przecież lepiej jednak wyjechać, zabalangować, celebrowali „na dole”, w Sieci. A swojego „fu?ka” pokazywali najczęściej deklaracją: że nie mają w domu telewizji. I nawet, jak właściciele telewizji przerzucali się do Sieci, to im to jeszcze nie przeszkadzało. Niech no agent Smith buduje sobie, jaką chce, „rurę” internetową. Dopóty nie miesza w moim „kranie” wszystko jest „ok”. No ale okazało się, że jakiś agent Smith jednak do nich zapukał, i? trzeba było podjać neo-bunt. Oto państwo, które zostawili, bo swoją praktyką życia politycznego ich nudziło, nużyło, zniesmaczało – wróciło do nich bumerangiem.

Po ACTA-GATE zostało przekroczoncyh parę chyba rzeczywistych „granic dźwięku”. Między innym partia rządząca zyskała PR „dziadków leśnych”, takich, co „nie rozumieją, a jednak podpisują”, i jeszcze na nich czyhają. Będą pewnie próby przywrócenia tego strzaskanego wizerunku śmiesznymi, między innymi, „ustawkami” młodzieży z politykami. Ale tak naprawdę oni są już bez szans. Ci politycy swoją granicę anty-moralnego obciachu już przeszli; tak bardzo, że nic im nie pomoże. Bo dla tych „młodych” liczy się rzeczywiście, wbrew pozorom i to bardzo, szczerość, autentyczność, odwaga, których „na górze” jak na lekarstwo. Poza tym przekonali się chyba, że trzeba jednak pilnować „Systemu”, bo inaczej „System” zaopiekuje się nimi. To że ten „System” jest tworzony przez stryktury tej tzw. „Trzeciej RP”, medialno-polityczno-biznesowego „trustu”, to akurat nadwiślanśki przypadek dziejowy. Tak naprawdę obecni rycerze „RP Czwartej” nie mają u nich również szans. I to może bardziej z powodów estetycznych, niż moralno-merytorycznych. O pośle z trawką nie wspominam szerzej, bo on może „podgrzewać” masowo, co najwyżej „gimanzjalistów”, a jego radosny „freedom” nihilizm, dla ludzi błyskotliwych i ironicznych, to jakaś – w sumie – „czarna groteska”. A tacy właśnie wyszli na ulice. Tak – wiele mówi, że to wszystko jest rewolucja, która nadciąga i dokona „rzezi” elit różnorakich, co Polsce przez 20 lat nadawały ton. Nie, nie wytnie ich dosłownie, jeno je ominie. Do tego stopnia, że ci cyfrowi rebelianci rozejrzą się w poszukiwaniu jakiejś idei, co ton nada ich życiu, prywatnemu i państwowemu, w realu. Chopaki-manifestanci, śpiewający na jakimś youtube-filmie Hymn Polski, są dla takich wniosków wystarczającą przesłanką. Jako „zalogownay w korporacji The Roman Catholic Church” Ivo sobie zadaje zatem pytanie: czy „jego firma” może „zainteresować” tych chłopaków i dziewczyny od ACTA ? I na razie jedną słyszy w rozmowach z nimi odpowiedź: polski oddział tej „firmy”, ma również „przer?ne”, choć paradoksalnie ma w sobie największy potencjał, by tego dokonać. Ale to już materiał na inną „analizę”.

Post

Wyciszony patriotyzm 2012

Podczas ostatnich obchodów Święta Niepodległości okazało się, że tak naprawdę nie odnaleźliśmy nowego języka opisu Ojczyzny w erze tabletów. „Bracia Polacy” z Marszu Niepodległości w wielu punktach są nam bliscy, jeśli chodzi o miłość do kraju nad Wisłą. Jednak w formie nieraz dalecy. A chodzi nam o to, że zbyt głośno jakby manifestują swój afekt patriotyczny, zbyt mało jest w tym wszystkim niuansów, niedopowiedzeń, jak najbardziej odpowiednich właśnie dla Tajemnicy. Bo czym, jak nie Tajemnicą, na swój sposób szczególną, jest właśnie ów patriotyzm, przywiązanie do tego, co nam wspólne w czasie i przestrzeni, a przez innych zostawione. Przez tych, co odeszli, a byli całe wieki przed nami, stali na tym samym miejscu.

Uczestnicy Kolorowej Niepodległej są nam jeszcze dalsi, gdyż niedość że poetyka wrzasku, rozpadu jest ich głównym orężem, tak ich zapewnienia o jakiejkolwiek „miłości Ojczyzny” traktujemy z przymrużeniem oka. A raczej pewni jesteśmy, że gdyby nie tamci pierwsi, ci drudzy z kanap Nowego Wspaniałego Świata by nie wyruszyli na ulice Warszawy. Tak naprawdę omijamy ich szerokim łukiem, życząc w sumie wszystkiego najlepszego, czyli ciszy?

Intuicja, jak mówić o Ojczyźnie dzisiaj, pojawiała się w korespondencji między biskupem Życińskim a Herlingiem-Grudzińskim. To ten drugi wspominał o potrzebie odnalezienia właśnie wyciszonego patriotyzmu. Takiego, którego główną dominantą będzie skromność, prostota, niedopowiedzenie. Takiego, który odsyła do wewnętrznej gotowości jednostki, do czuwania w wielu przestrzeniach jej egzystencji. Ten język wyciszony jest potrzebny choćby dlatego, że dzisiaj przesyt wszelkim poetykami i antypoetykami domaga się resetu, również w obszarze mówienia o Ojczyźnie. Przeżywany przesyt komunikacyjny na wielu polach, tzw „crash attention”, rodzi potrzebę odnalezienia czegoś naprawdę nowego, czegoś, co właśnie może się zrodzić tylko w spokoju, w swoistym, wielowymiarowym odosobnieniu? Inna rzecz, że poetyka mówienia o Ojczyźnie kształtowana wedle takich wymogów wymyka się dekonstrukcjom wszelkich postmodernistycznych błaznów. Kto ogląda telewizję, słucha radia, czyta gazety domyśla się, o kim mówię.

A o czym mówię?? Weźmy na przykład obrazek celebrowania każdego 10. dnia miesiąca pamięci o katastrofie smoleńskiej. Owe przemarsze z pochodniami spod stołecznej Katedry pod Pałac Prezydencki. A potem modlitwy, różańce, śpiewy przemówienia…

Wyobraźmy sobie teraz ten sam przemarsz, ale? tylko np. z Jarosławem Kaczyńskim niosącym jedną, małą świeczkę, którą postawi potem na miejscu, gdzie stał krzyż. I teraz odjazd kamery w górę, ujęcie na to zgromadzenie i tę jedną, małą świeczkę. Cięcie? Ale zapomniałem – w telewizji przecież tego nie pokażą.